poniedziałek, 21 października 2013

Sky is the limit

Nie wiem jak i dlaczego, ale podróż samolotem niezwykle stymuluje moje moce intelektualne. Mogę tydzień spędzić na plaży z kilkoma super książkami pod pachą i zaczytywać się przy akompaniamencie fal, ale i tak polkę-galopkę w mózgu mam w samolocie. Muszę mieć tylko cos pod ręką, żeby to wszystko zapisywać. Niezwykle drogie miejsce twórczej pracy. Przydałby się status frequent flyera albo cos w ten deseń - jestem pewna, że książka byłaby już w drodze, a rozliczne artykuły w topowych journalach:) Nie wiem tylko z czego to wynika - różnicy ciśnień, niedotlenienia? A może to widoki? Kiedy sky is the limit trzeba działać adekwatnie?

środa, 2 października 2013

Domy kultury i "prawdziwa" kultura

13 września miałam przyjemność gościć w Katowicach na Kongresie Menadżerów Kultury. Na zaproszenie organizatorów prezentowałam tam raport Nomadzi, spacerowicze i łowcy okazji (dostępny w sieci tutaj), który jest owocem projektu badawczego Kultura miejska – węzły i przepływy, który w 2012 roku realizowałyśmy wraz z dr Anną Nacher. Warunki zaproponowane przez organizatorów były doprawdy komfortowe - rzadko kiedy daje się prelegentom do dyspozycji aż 50 minut. Bardzo cieszę się z tego spotkania, bowiem tym razem na sali nie siedzieli inni badacze, ale praktycy, ludzie zarządzający domami i instytucjami kultury, najczęściej w niewielkich miejscowościach. Dlatego też ciekawa byłam dyskusji i pytań po prezentacji. Praktyka wymusza zupełnie odmienna perspektywę i oczekiwania wobec raportów takich jak nasz - pytania o bezpośrednią aplikowalność, przekładalność wyników. Jakkolwiek udział w Kongresie był bardzo miłym doświadczeniem nie pozbawione było ono także cierpkiego wątku. Na sali zasiadali, jak wspominałam, przede wszystkim reprezentanci domów kultury, którzy - z pomocą części prelegentów - konsekwentnie zawłaszczali kategorię "kultury". Oto działania kulturowe/kulturotwórcze to te, które animowane są przez instytucje kultury. Ci, którzy działają poza tym oficjalnym obiegiem są kultury pozbawieni, a ich działalność jest dosyć dotkliwie trywializowana. Działaniem kulturowym będzie udział w koncercie (oczywiście jazzowym), ale nie zorganizowanie koncertu w knajpie, ogródku czy piwnicy. A to wszystko przy akompaniamencie narzekań na upadek kultury - bo ludzie nie zgłaszają się już po nią do domów kultury. Wydaje się, ze nie ma dla kogo pracować, organizować, bo ludzie kultury już nie potrzebują Wydaje się, że domy kultury dosięgła fala, który podmyła sensowność instytucji tradycyjnej poczty: nie ma już takiego jak kiedyś zapotrzebowania na usługi, jakich te instytucje dostarczają, ponieważ zmienił się zupełnie krajobraz kulturowy w jakim funkcjonują. Na poczcie nie mam po co bywać, najwyżej odbieram awiza dotyczące korespondencji urzędowej (choć kocham poczty w małych miejscowościach - podobnie jak w kioskach Ruchu jest tam wszystko). Wydaje się, że dla domów kultury, szczególnie w małych miejscowościach jest szansa. Widziałabym ja właśnie we włączaniu się w działania pozaoficjalne, wspieraniu aktywności, które tradycyjnie nie są definiowane jako kulturowe na tyle by odstąpić im przestrzeń (czy finanse) domu kultury.

środa, 25 stycznia 2012

miganie

Sesja zbliża się wielkimi krokami. Dawno tak nie czekałam na przerwę. Po powrocie z Toronto od razu wpadłam w wir dydaktyczno-organizacyjny. Potrzebna mi chwila oddechu na dokończenie kilku zaczętych artykułów... i zaczęcie następnych.

Z ciekawostek i nowości: chodzę na kurs języka migowego! To faza przygotowawcza do mojego projektu badawczego pod roboczym, ogólnym tytułem "Głusi a technologia". Temat jest bardzo ogólny, bo jeszcze do końca nie wiem jak rozumieć (zawęzić) głuchych, problem mam też z selekcją technologii. Mimo to mam strasznie dużo zapału do tego projektu, pomysły kotłują mi się w głowie i mam nadzieję, ze ktoś (NCN) zechce za ich realizację zapłacić. Póki co uczęszczam na kurs migowego, któy rozgrywa się w bardzo przyjemnych i przyjaznych okolicznościach i niewielkiej grupie.

Nauka języka migowego nie jest łatwa, choć sam język jest bardzo prosty. Nie da się zapisywać nowych znaków, jak w przypadku innych języków. Wszystkie nowe elementy trzeba przyswajać na pamięć. Ja lubię mieć wszystko napisane i pozakreślane kolorowymi pisakami (tak, jestem akcydensowym fetyszystą), więc to dla mnie nieco niekomfortowe. Prowadząca wpadła na fajny pomysł - nagrywa nam na CD wszystkie znaki i zwroty, jakie przerabialiśmy na danej lekcji. To pomaga.

Ponieważ dosyć długo szukałam kogoś, kto by mnie uczył w międzyczasie zaczęłam sama uczyć się znaków z sieci. Dla wszystkich potencjalnie zainteresowanych nauką języka migowego online: pamiętajcie o kwestii lustrzanego odbicia:)Jak zaczęłam migać prowadząca pytała czy jestem leworęczna:)

Bardzo zależało mi na naukce PJM czyli Polskiego Języka Migowego, a nie SJM czyli Systemu Językowo-Migowego. Pierwszy z nich jest językiem "ludowym" używanym przez głuchych w komunikacji, drugi zaś jest sztucznym językiem nauczanym na kursach. Planuję badania etno- i netnograficzne wśród głuchych, więc zależało mi na nauce języka który faktycznie znają, tym bardziej, ze wielu głuchych (a szczególnie Głuchych, czyli kulturowo głuchych) programowo nie lubi SJM i nie komunikuje się w tym języku. Wiedziałam więc, że potrzebuje języka naturalnego, "ludowego", ale trudno mi było wyobrazić sobie czym PJM i SJM się różnią. I teraz wiem :) SJM jest próbą przeniesienia języka polskiego na język migowy. Zachowuje polskią składnie, zwroty... Np. Chcąc zapytać "Jak się czujesz?" trzeba zamigać wszystkie trzy elementy: zaimek pytający, partykułę zwrotną i czasownik. Tymczasem w PJM mozna o to zapytać jednym znakiem określającym czucie, odczuwanie. Tutaj pytanie sygnalizujemy mimiką twarzy. W ogóle twarz jest bardzo istotnym elementem znaczącym w komunikacji migowej (przynajmniej w PJM) i kolosalna część komunikatu przekazywana jest tym kanałem. To dla mnie pewien problem, nie jestem "mimicznym" typem człowieka:)

Kolejna kwestia: miganie nie jest uniwersalne. Głusi migają różnie. Te same znaki funkcjonują w różnych wariantach, migane są w różny sposób. To trochę jak z ręcznym charakterem pisma, który po niektórych trudno odczytać.

No i na koniec mała obawa: PJM to - jak sądzę - bardzo prosty język, o deskryptywnym charakterze. Mam nadzieję, że uda mi się przeprowadzić w nim etnograficzne wywiady dotyczące dosyć abstrakcyjnych kwestii... Będę musiała przemyśleć mechanizmy rejestracji wywiadów. Tu dyktafon na nic się nie zda. Zapewne bedę musiała je nagrywać kamerą. Na pewno będę wspomagać sie polskim językiem pisanym, jako pomocniczym - jak uwzględnić takie notatki w zapisie z wywiadu, żeby potem zapis wideo i notatki były spójne? Do przemyślenia.

Mam strasznie dużo zapału i chęci do nauki. Jest dobrze:)


sobota, 22 października 2011

przed odlotem

Wzorem dzikiego ptactwa postanowiłam odlecieć na zimę (a przynajmniej jej początek) do innego kraju - niestety będzie on też zimę rozpoczynał. No trudno, jak to mówią grass is alweys greener on the other side, więc liczę na to, że listopad jest znośniejszy w Toronto :]

Oczywiście wszystkie wyjazdowe załatwienia zostawiłam na ostatni moment, więc nadchodzący tydzień będzie bardzo pracowity. Na szczęście udało mi się zmobilizować na tyle, że wniosek wyjazdowy zorganizowałam wcześniej. Z doświadczenia własnego i znajomych wiem, że ujarzmienie tego biurokratycznego zamieszania trwa dłuugo i jest stresogenne. Tym razem poszło jednak sprawnie (2 dni!!) i wymagało jedynokrotnych (!) wizyt w:
-sekretariacie instytutu
- dziekanacie finansowym
- dziekanacie właściwym
-biurze współpracy międzynarodowej.

Po drodze musiałam wypełnić tylko jeden (!) dodatkowy formularz, a wniosek mój skserowano tylko jeden raz. Uważam to za sukces. Oczywiście pieniędzy na wyjazd nie dostanę na konto. Pod tym względem UJ nadal stoi raczej po stronie tradycji niż innowacji. Będę całą wyjazdową fortunę nosiła w skarpecie:)

Z budujących naukowo wieści zakończyłam dziś fazę rozeznawania terenu, wyczajania gruntu, ogólnego oriwntowania się i zaczęłam fazę faktycznego zbierania i porządkowania danych. Jestem po prawie całodziennej lekturze, kodowaniu i porządkowaniu zawartości pewnego forum. Słowem - ruszyło. Nawiasem mówiąc postanowiłam cały czas - wzorem klasyków - prowadzić dziennik z badań e-terenowych.

A na deser kilka zdjęć z kampusu by night (często zdarza mi się wychodzić i gasić swiatło). Nawiasem mówiąc wychodząc późno, kiedy "nikogo już nie ma" można zauważyć bardzo ciekawe akcję, jak np. dziewczyny grające na korytarzu w babingtona w budynku obok:)











sobota, 17 września 2011

powakacyjnie

Część wakacji minęła względnie spokojnie i stacjonarnie pod znakiem rekrutacji na filmoznawstwo oraz panicznego pisania zaległych tekstów. Nie wiem czemu, ale moje teksty zawsze są zaległe, jak bym sobie nie obiecywała, że tym razem zbiorę się wcześniej i skończę w terminie (ba! czasami obiecuję sobie skończyć przed deadlinem) zawsze kończy się tak samo - na błagalnych mailach o cierpliwość i jeszcze 3 dni. Jakie macie na to sposoby? Najgorsze jest to, że kiedyś tak nie miałam - ale już nie pamiętam, co robiłam, żeby terminowo kończyć pisanie...To musiało być dawno.

Druga część wakacji miała charakter nomadyczny. Z dwoma wyczynowymi koleżankami przemierzyłam część Francji (zamki nad Loarą, Bretania i ociupinka Nromandii) na rowerach. Turystyka rowerowa przewyższa moim zdaniem wszystkie inne. Daje o wiele większe możliwości poznania terenu niż samochód i to na wszystkich poziomach od zabytków, przez ludzi (o ile zna się język) po takie zwykłe włóczenie się po lokalnych zakątkach. Jednocześnie jest bardziej dynamiczna niż wędrowanie piesze, łatwiej i więcej można zobaczyć, nie tracąc jednak kontaktu z "terenem". Wszystkie dotychczasowe rowerowe eskapady taki miały właśnie swobodny i nastawiony na "bycie tam" charakter. Tym razem jednak chyba rozminęłam się z resztą drużyny w oczekiwaniach - a może to kwestia mojej niewyczynowości. W każdym razie bardziej niż celebracja miejsca odbywała się celebracja liczby przejechanych kilometrów i ważne było by jechać dużo. No ale trzeba powiedzieć, że dzięki temu udało się nam pokonać trasę, którą zwieńczyła wizyta w Mont St. Michel - miejscu, które zrobiło na mnie kolosalne wrażenie.




Mont St. Michel jest miejscem niezwykłym przez swoje położenie, architektoniczny rozmach i aranżację, która w znakomity sposób wydobywa dawne funkcje klasztornych sal, ich klimat, akustykę. Przy niemal totalnym skomercjalizowaniu tego miejsca, jednak broni się ono niezwykle działając na wyobraźnię i emocje. Miejsce to jest szczególnie ciekawe także dlatego, że jest dowodem na prawdziwość tezy o symulakarach Baudrillarda :) Zwiedzając opactwo trudno oprzeć się wrażeniu, że jest ono "jak z filmu". Nieustannie miałam poczucie funkcjonowania w przestrzeni gdzieś między Imieniem róży a Władcą pierścieni - z resztą właśnie na Mont St. Michel mieli opierać się scenografowie Powrotu króla generując Minas Tirith. Niemal cały zakres referencji uruchamiany przez to miejsce ma charakter wirtualny, odnosi się do tekstów kultury, do doświadczeń czytelniczych i filmowych. No i te pływy!

I na podsumowanie najważniejsza nauka, jaką wyniosłam z tej podróży: nie latajcie samolotem z rowerem! Poziom stresu, wysiłku logistycznego i fizycznego, jakie trzeba w to włożyć jest zbyt wielki.

poniedziałek, 4 lipca 2011

Dwa istotne elementy

Pierwszy istotny element: The Killing.



The Killing, 2010, para głównych bohaterów

Ku mojemu zdziwieniu spodobał mi się serial sensacyjny. Myślałam, że znoszę tylko seriale o dziwach i potworach. 24 godziny – wytrzymałam 45 sekund pierwszego odcinka, wszystkie CSI, Kości itp. – nie trawię, ale The Killing pochłonęłam w 2 dni (tak, miewam serialowe ciągi). Bardzo czuć w nim nordycko-mroczno-pochmurno-bagienny posmak pierwowzoru – duńskiego serialu o bardzo skandynawsko brzmiącym tytule Forbrydelsen. Nie to, żebym widziała ów duński serial, jednak ogólny „północny” klimat jest wyczuwalny od pierwszych chwil, to zapewne taki pop nornic kit, na który składają się: deszcz, mżawka, kapuśniaczek (ogólnie długotrwałe opady o zmiennej intensywności), bohaterka w swetrach (dużo swetrów) o wyjątkowo mokrej i bladej urodzie. Intryga dotyczy zabójstwa licealistki i dochodzenie, które odkrywa coraz więcej tajemnic ofiary, ale i osób z jej otoczenia, kolejno obciążanych podejrzeniem o zbrodnie. Serial jest wręcz liryczny (o ile formuła serialu i to sensacyjnego pozwala na liryzm), duże wrażenie robi scena (w bodaj pierwszym odcinku) identyfikacji zwłok dziewczyny przez rodziców – przygotowania ciała, woda kapiąca z włosów denatki – to rusza. Dyskusja wokół serialu dotyczy przede wszystkim łamiącego standardy cliffhangera, który rozwiązanie zagadki i odpowiedź na pytanie „kto zabił?” zostawia na kolejny sezon. Ryzykowne posunięcie i nie sąd zęby inni producenci poszli w tym kierunku (tym bardziej, że wersja duńska po bożemu ujawnia zabójcę na końcu serii – dlatego też Patrycja W. już ją ogląda i mam nadzieję poinformuje mnie accordingly).


Drugi istotny element to urocza wycieczka do Wiednia z Asią W. Asia MUSIAŁA zobaczyć wystawę synth-ethic, która właśnie się kończyła. Pojechałyśmy więc na jeden dzień by zaznać kultury w habsburskiej centrali. Po nocy w autobusie spacerze do centrum oraz kawie i ciachy w Aidzie udałyśmy się do Narrentrum, Muzeum Anatomii i Patologii, które zwiedzić chciałyśmy przy okazji w związku z naszym projektem dydaktycznym. Muzeum okazało się nie spełniając naszych (wcale niewygórowanych oczekiwań). Nie było tam potwornych ciał zanurzonych w słojach z formaliną, ani zasuszonych dziwacznych organizmów, odbiegających od normy mutantów. Była raczej historia farmacji i gipsowe wizualizacje genitaliów zmienionych syfilisem. Słowem nic ciekawego.
Sama wystawa synth-ethic (co nie bez znaczenia prezentowana w murach Muzeum Historii Naturalnej) zrobiła na mnie dobre wrażenie. Może dlatego, ze dobrze reaguje na alchemiczne klimaty – a taka właśnie wydała mi się atmosfera wystawy, a szczególnie idea stworzenie/odtworzenia życia. Więcej o wystawie tutaj. Nie jestem nawykła do takich ekspozycji i najbardziej chyba spodobał mi się ich procesualny charakter. To ciekawa dla mnie sytuacja w której sercem projektu – i tym, co można obserwować – jest raczej pomysł i putenie niż Dzieło (rozumiane jako artefakt czy nawet działanie).

Asia W. i słoń:



Narrenturn, gdzie oniegdaj znajodował się szpital dla obłąkanych - wspaniałe, a moim zdaniem niewykorzystane w pełni miejsce ekspozycji straszydeł:



















Asia W. oddaje hołd








W osobnym wpisie doniosę o innej zobaczonej tego samego dnia w Kunsthalle wystawie Weltraum o 20-wiecznych marzeniach związanych z kosmosem.

czwartek, 30 czerwca 2011

reaktywacja-prokrastynacja

Mam na najbliższy czas całkiem sporą ilość działań do wykonania, dlatego (jako że już posprzątałam mieszkanie*, zrobiłam obiad i zakupy, przeczytałam wpisy na wszystkich znajomych blogach i oglądnęłam najnowsze filmiki z tsunami i gadającymi zwierzętami na YT) postanowiłam odswieżyć nieco ten zmurszały już blog :)

Uważam, że prokrastynacja jest działaniem skrajnie racjonalnym, nastawionym na intensyfikacje efektów ponieważ sprawia, że ostatecznie pracuje się pod dużą presją (czasu i wszystkiego). Normalnie na poziomie jawnym człowiek chce pracować powoli, dokładnie i na spokojnie - to wynik opresji społecznej, przedstawiającej pracę mrówczą, regularną i systematyczną, jako bardziej higieniczną, zdrową i w ogóle normatywną. Nasza potrzeba pracy dzikiej, skokowej i na wczoraj jest z nas wypierana, sublimowana właśnie przez zbawienny mechanizm prokrastynacji.

Tak to widzę :->

* w czasie tej aktywności miotła wypadła mi przez okno :|

poniedziałek, 22 marca 2010

nareszcie

Nareszcie, nareszcie! Przyszedł koniec tej ciągnącej się ponad (moją) miarę zimy. Zawsze miałam się za zimnolubne stworzenie. Owijanie się w warstwy swetrów, szalików, rękawiczek i palt sprawiało mi niekłamaną przyjemność (także estetyczną). Od zawsze. A tu proszę. Już kolejny sezon z rzędu okazuje się, ze wole Słońce niż pochmurność, +15 zamiast -15, lekkie wdzianka i krótkie buty. Jak tak dalej pójdzie przerzucę się na kawę i zacznę jeść gotowane warzywa (fuj, nadal jeszcze).

Nie opisałam jeszcze epizodu nowojorskiego. Nowy Jork to miejsce, które ZAWSZE chciałam odwiedzić (z serii „100 miejsc, które musisz zobaczyć przed śmiercią”). Przez ostatnie tygodnie przed wyjazdem słuchałam Sinatry, Madonny, Tori Amos – wszyscy śpiewają o Wielkim Jabłku. Oglądałam Przyjaciół, zmusiłam się nawet do kilku odcinków Seksu w wielkim mieście.

Tymczasem
Znamienny, uciążliwy i świadczący dobitnie o skrajnym braku partnerstwa PL-USA jest sam proces zdobywania wizy. Kolejka na Sotolarskiej na trzaskającym mrozie i ta straszna znana z dworców PKS atmosfera napięcia i rozedrgania. Podejrzliwe spojrzenia rzucane na współkolejkowiczów: czy aby nie chce zająć mojego miejsca? A pani tu nie stała! A to ja sobie zaklepuje to miejsce za panem tylko do sklepu podejdę? Generuje to we mnie bardzo niekomfortowe napięcie, a ponieważ zawsze wszystkich puszczam w kolejkowych sytuacjach i nie mam ochoty wchodzić w burzliwe interakcje, rodzi się we mnie zawsze nieuchronne oczekiwanie na to, ze ktoś mnie wykiwa, wepchnie się i ogólnie rozpanoszy. To ciekawe jak ludzie generują w tak małej przestrzeni cały system znaków oznaczających „swoje miejsce”: gry spojrzeń, znaczące przesuwanie się o pół kroczku, zamaszyste gesty… To oczekiwanie na wejście do środka skojarzyło mi się z przejściem granicznym na Ukrainie. Stoi się w tłumie spiętych, podenerwowanych ludzi-mrówek, którzy szepcą sami do siebie nieustannie. Jakby sami dodawali sobie otuchy, pocieszali ale i zagrzewali się do boju. Czuć napięcie.
W samym konsulacie proces weryfikacji potencjalnego zagrożenia jakie mogę stwarzać dla Mocarstwa przebiegał sprawnie i przyjemnie na zasadzie produkcji taśmowej i rozbicia go na serię małych wydarzeń i interakcji z różnymi osobami, co wyraźnie oszałamiało starsze osoby.
Podobnie na samym lotnisku w NYC. Znów pytania po co jadę, z kim, co będę robić. Kolejne skanowanie odcisków palców, tęczówki… To niezwykłe jak ta struktura broni się przed spontanicznym ludzkim żywiołem – migracją. Zawsze wydawało mi się to tak bezsensowne, oparte na bardzo wąskim kontekście czasowym. Trudno sztucznie skanalizować zjawisko, które jest w jakimś sensie struktura długiego trwania, żywiołem trudnym do ujęcia w ramy.
cdn

sobota, 30 stycznia 2010

inertia creeps

Od kilku tygodniu rozpaczliwie usiłuje wyrwać się z tej koszmarnej niemocy, w która popada się po zakonczeniu Czegos Ważnego. Struktura owej niemocy wyglada mniej wiecej tak:
1. pierwsze kilka dni po Zakonczeniu (Złożeniu): ogolne otumanienie spowodowane pozbyciem się obowiązku, który w ostatnich dniach stawał sie juz nieznośnym balastem; towarzyszą temu radosne gratulacje znajomych i przyjaciół, co wzmaga poczucie otumanienia pozwalając mu przejśc w łagodnie w
2. fazę euforyczną: dociera do podmiotu, że jest wolny i nieskrepowany obowiazkiem codziennego wygenerowania osmiu stron sensownego tekstu; nastepuje radosny powrot do zycia towarzyskiego i zarzuconych w czasie Pisania aktywnosci (chodzenie do kina, ogladanie programow telewizyjnych nie dla mniejszosci...), znajomi witaja Cie jak wedrowca po dlugiej podrozy, dawno niewidziana musisz opowiadac o licznych perypetiach i przygodach
3. faza trzecia: wyhamowanie; czujnosc i instynkt samozachowawczy nadal uspione sa gratulacjami dalszych znajomych, ale juz wyczuwasz, ze niepokojaco dlugo nic nie napisalas/przeczytalas... ksiazki kupowane od roku i odkladane na stosik "do przeczytania"| kurza sie i stygna
4. zabijanie poczucia winy snem (do 10-12 godzin na dobe)
5. szokujacy powrot do rzeczywistosci (noszacy znamiona obudzenia sie z reka w nocniku) a w niej: deadline na konspekty dwoch ksiazek: 2 dni, deadline na abstrakt artykulu: - 3 dni, deadline na skonstruowanie projektu wystapienia na konferencji 2 dni.
poziom ogarniecia -7

niedziela, 22 listopada 2009

OTP

Za dwie godziny wracam do domu. Jak tu (do Bukaresztu) leciałam przeżywałam (jak zawsze) lotniskowa ekstazę. Uwielbiam lotniska i podróże samolotowe, ale chyba bardziej lotniska. Ktoś, kto wymyślił, że lotniska to zunifikowana przestrzeń, międzynarodowy kanał wyglądający w każdym miejscu tak samo, chyba mało podróżował. Na przykład lotnisko na którym właśnie jestem (OTP) jest nudne, nieciekawe i mdłe. Słychać tylko szum klimatyzacji, bo nie puszczana jest żadna muzyka, nie ma prawie sklepów i innych miejsc rozgrywki. W porównaniu z moim najulubieńszym portem w Monachium wypada skrajnie blado.

Co do konferencji - przekonałam się, ze muszę zmienić kierunek doboru takich imprez. Konferencje poświęcone komunikacji i dziennikarstwu, są konferencjami monotematycznymi poświęconymi tylko dziennikarstwu. Ten temat skrajnie mało mnie interesuje - meandry systemów medialnych, zawiłości kształcenia dziennikarzy - błeee. Na szczęście na moim panelu było kilka interesujących wystąpień, ale niestety nie miałam szansy ich zrozumieć, bo wygłaszane były po francusku. Ale nieliczne anglojęzyczne były ciekawe(np o humorze w relacjach medialnych).

Sam Bukareszt jest bardzo przyjemnym miastem. Wszędzie widać dawną przeszłość - wspaniale duże wille i piękne kamienice. Niestety wiele z nich w dramatycznym stanie (np ta w której był mój hostel). Strasznie szkoda tych budynków - obdrapanych, z odpadającymi balkonami, zdobieniami, powybijanymi oknami. Poza tym szerokie ulice i ogromne budynki użyteczności publicznej - Dom Ludu, Parlament... To znaki poprzedniego ustroju - obezwładniające ogromem. Miasto jest czyste, a ludzie przyjaźni. Co ciekawe dziś są wybory prezydenckie, a po ulicach nie walają się sterty ulotek, plakatów i tekturowych stojaków promocyjnych. Pod tym względem wybory tutaj są o wiele bardziej przyjazne otoczeniu niż nasze.

Byłam w Muzeum Ludu (odpowiednik naszego etnograficznego). Mieści się w pięknym ogromnym, ceglanym budynku i ma znakomite eksponaty w nieprzeliczonych ilościach. Co ciekawe i fajne sale muzealne są na tyle przestrzenne, ze pomieścić mogą wiatrak (sic!) i zachwycający wiejski dom. Na tym moje zachwyty się kończą, bo sposób w jaki eksponaty są wyeksponowane wola o pomstę do nieba. Ściany muzeum zmalowane i popisane jakby przeszło tamtędy tornado przedszkolaków, światło popowieszane prowizorycznie na jakiś zwisających deskach. Smutne to bardzo, bo jak sadze niewiele nakładów i wysiłku trzeba byłoby włożyć by bardzo wydatnie podnieść atrakcyjność tego miejsca.

No a jutro już znów do pracy. Powrót do codzienności. W sumie to ... hurra:)

wtorek, 17 listopada 2009

Bukareszt comming soon

Pojutrze lece do Bukaresztu na konferencję o dzienniakrstwie i komunikowaniu. Intensywnie wiec mysle o moim wystapieniu. Dotyczyc bedzie folkloru a raczej folkloryzmu jako elementu skladowego kulturowe reprezentacji w mediach (oczywiscie na przykladzie programow dla mniejszosci). Cala radosc (co nieprzyjemne) i stres (co pozyteczne) z tym wydarzeniem zwiazane odbiera mi biurokratyczny gaszcz i proceduralne zaworowania zwiazane z niemal wszsytkimi moimi aktywnosciami, w ktore zaangazowany jest uniwersytet. Nie wiem jak to sie dzieje, ale jeszcze mi sie nie zdarzylo zalatwic tam czegos "za jednym zamachem". Szczegolnie dotkliwe sa trzykrotne wizyty na oddalonym godzine drogi Kampusie w celu uzyskania dwoch podpisow. Ostatnio zdarzaja mi sie takie wlasnie nieprzyjemnosci co bardzo rozbija moj osobisty tok funkcjonowania. Moze academia rzadzi sie innymi prawami niz korporacja, ale w tej kwestii zdecydowanie wole korporacje - klarownosc i przejrzystoac zasad, deadline'y i jakas przewidywlanosc tej rzeczywistosci. Moze i jest to nudne, ale daje pewne poczucie bezpieczenstwa.

niedziela, 8 listopada 2009

Targi ksiazki

Media kłamią. Jest to fakt powszechnie uznany i przyjęty do kolektywnej wiadomości już przed kilkoma dekadami. Na co dzień jednak zapomina się o tym i funkcjonuje w błogim przekonaniu, że należy się do elitarnej grupy 0.0001% społeczeństwa, które nabywa i czyta książki. Albo wczoraj na Targach Książki w KRK zgromadziła się cala ta grupa albo z tym nabywaniem i czytelnictwem nie jest tak źle. Na Targach baaardzo dawno nie byłam i prędko się nie wybiorę - tak obiecywałam sobie stojąc na deszczu w kolejce po bilet oraz przeciskając się miedzy stoiskami. Fascynująca strategia układu stoisk sprawiła, ze kilkukrotnie doświadczyłam czegoś, co bardzo lubię w mieście, a czego bardzo nie lubię w innych okolicznościach - zgubienia. Labiryntowa struktura układu przestrzennego bardzo nośna jest jako metafora i bardzo malownicza, jednak mnie nieco obezwładniała. Zwłaszcza jak się okazało, że przyjaciółka całkiem nieświadomie ukradła książkę ze stoiska dziecięcego. Odnalezienie go w celu oddania ... no powiedzmy że zguby, zajęło nam długie i frustrujące kwadranse.

Głównym motorem mojej bytności na Targach była obecność J. Pilcha, którego darze niesłabnącym uwielbieniem. Specjalnie by drżąca ręka podać mu do podpisania ostatni przez niego wydany tom przeciskałam się przez złaknione literatury tłumy. Niestety ostatnie minuty przed kontaktem face-to-face były straszliwe, bo zorientowalam sie, ze J.P. poświecą każdemu fanowi kilka sekund rozmowy - istniało realne zagrożenie, że zapyta mnie czy mi się książka podobała. A nie podobała się wcale. Na szczęście nie musiałam się z moich preferencji zwierzać.

Z dobrych wiadomości: skończyłam doktorat. Musze jeszcze tylko napisać zakończenie. I tu pojawił się pewien problem. O co mi właściwie chodziło? Czy udało mi się dowieść tego, co miałam udowodnić? Pojęcia nie mam. Paraliż całkowity mnie ogarnia... Mam nadzieje, że mi się przypomni (bądź objawi) to niebawem. Przed Radą Wydziału za tydzień musi to nastąpić :)

środa, 4 listopada 2009

finiszin'

Od kilku ładnych tygodni mogę śmiało powiedzieć, że "kończę doktorat". Wcześniej też tak wprawdzie mówiłam, było to jednak nie w pełni uzasadnione, ponieważ mentalnie byłam na etapie kończenia, faktycznie zaś w tzw. lesie. Dziwne to uczucie - kończyć Dzieło. Troche sie obawiam tego, co potem. Trzeba będzie zacząć normalnie żyć - spotykać się z ludźmi. Czy ja jeszcze pamiętam jak to się robi?

A tak w ogóle to miałam być teraz w Bankoku. To jest porażka tego roku. Dziewczyny śmiagają teraz po Tajlandii, jedzą pyszne rzeczy, fotografują, chodzą na masaże, a ja marzne tu i więdnę.

Jak skoncze (już finalnie) doktorat, poza powrotem na łono społeczeństwa:
- będę wyjeżdżać na weekendy z miasta
- wrócę do czeskiego
- uporządkuje wszystkie rozsiane po dwóch komputerach książki i artykuły w przeróznych formatach
- poobrabiam resztę zdjęć z podróży i co lepsiejsze wywołam - jak za dawnych czasów

niedziela, 25 października 2009

jak zawsze

No i znow - jak sie obawialam. Blog ten stal sie kolejnym argumentrem na moj skrajny slomianozapalizm. Ale powracam, choc ciezko jednoznacznie stwierdzic na jak dlugo i jak intensywnie.

Lubie takie senne, gloomiaste popoludnia. Najbardziej zas lubie w takie popoludnia jesienne drzemac tudziez czytac Pilcha, bo on sie na takie warunki atmosferyczne doskonale nadaje. Wlasnie czytam sobie niespiesznie (bo przeciez doktorat mam do skonczenia, taaak) Pociag do życia wiecznego - zbior felietonow. Pilch wlasnie w takim wydaniu, w krótkich narracjach podoba mi sie najbardziej. Jest bardzo bystrym i intelektualnie zwinnym obserwatorem rzeczywistosci. I zachwyca mnie sposob w jaki pisze. Jestem pelna zawisci co do tej lekkosci piora, gladkosci i potoczystosci wywodu, poczucia humoru. I tej lagodnej rezygnacji.

Poniewaz kupilam ostatnio piekne kozaki na obcasie (!!) postanowilam nie chodzic juz do pracy pieszo (ok. 23 minuty w jedna strone), ale jezdzic komunikacja miejska (ok. 25 minut w jedna strone). Nie byla to decyzja latwa, poniewaz te dwudziestominutowe spacery to moj jedyny ruch i aktywnosc parasportowa (co jest oczywiscie czasowe i spowodowane konczeniem doktoratu, taaak). Zrezygnowalam z tej ostatniej formy aktywnosci fizycznej majac w pamieci, ze chodniki na trasie dom-biuro trudno jest mi pokonac na rowerze, a co dopiero na obcasach. Z kazdym miesiacem erozja rzezbi w nich nowe formy krasowe wprowadzajac w nowohucka przestrzen to, co Barthes nazywal malowniczoscia: dramatyczne przelomy, zalamania skalne i ogolnie nieregularnosc terenu, ktore duch protestancki laczy z trudami podrozy przez zycie. Jezdze wiec juz tydzien na moich obcasach jeden przystanek autobusem i cztery tramwajem, co bardzo wydatnie wplynelo na moje czytelnictwo. Nareszcie siegnelam do czegos innego niz literatura fachowa (na piekna nie mialam czasu poniewaz koncze doktorat, taaak). Przeczytalam ciakwa rzecz: Malż Marty Dzido. Bardzo bojowa i buntownicza ksiazka. Taka dojmujaca przez to, ze znam osoby, ktore ze wzgledu na sytuacje zyciowa moglyby utozsamic sie z bohaterka - Magda . To troche pozwala wczuc sie w opresje i traume jakiej doswiadczaja i zastanowic nad tym czy daję im odpowiednia ilosc wsparacia i zainteresowania (obawiam sie ze nie). Z drugiej strony Dzido obnaza ambiwalencje w jakiej tkwie. Z jednej strony tez chce sie tak buntowac, nie godze sie na ta mieszczanską, otaczajaca mnie i w pracy i w mediach, zabojcza konsekwencje wobec uznanych i slusznych wartosci. Z drugiej uwodzi mnie to, przeciwko czemu sprzeciwia sie bohaterka. Uwodzi mnie to życie z pieknie urzadzonym mieszkaniem, samochodem, dynamicznie rozwijajaca sie kariera, fajnymi ciuchami i ogolnym luzem. Widze ze uwodzi to moich przyjaciol, ktorzy dotad zawsze stali wobec takiego stylu zycia okoniem. Jeszcze mam sile by im to wypominac :)

sobota, 3 stycznia 2009

Partia kobiet

Całkiem przypadkiem w czasie przegrywania Orła czy reszty (kiedyś w końcu będę musiała to oglądnąć...) trafiłam na wywiad jakiegoś TVN-owskiego redaktora z Manuelą Gretkowską. Rozmowa dotyczyła (przynajmniej w tej części, którą dane mi było oglądać) zapłodnienia in vitro, a głównie faktu, że w tej kwestii zdanie wyrażają katoliccy księża. Tzn, że wyrażają to jeszcze nic niepokojącego, ale fakt, że prawodawcy to zdanie biorą na poważnie pod uwagę jest już niepokojące i to bardzo. Niepokoi to a nawet oburza Gretkowską. Tym jednak, co zwróciło moją uwagę był (poza prowadzącym - przerywającym co kilka sekund, atakującym i nieuprzejmym, ale to już chyba taki telewizyjny standard oznaczający profesjonalna i zaangażowane dziennikarstwo) straszliwie manipulatorski zabieg ukazania polskich posłanek w wyjątkowo idiotycznych okolicznościach (pozbawiona grawitacji Senyszyn, wstawiona Kruk... podarowali jedynie uwiedzonej i porzuconej Sawickiej). Po takim migawkowym zlepku zapytano Gretkowską czy naprawdę kobiety są tak niezbędne w polityce i czy jak już w niej są realizują szczytne cele. Paskudne to bylo, choć Gretkowska wybrnęła z tego ładnie mówiąc, że taki sam materiał można przygotować o mężczyznach. Smutne jest to, że jak się już zaprasza przedstawicielkę Partii Kobiet do telewizji, to nie traktuje się jej poważnie i stawia wobec takiej (w sumie) prowokacji - bo żartem tego nie nazwę.

Dla Gretkowskiej był to medialnie dobry dzień - pojawiła się też w głównym wydaniu faktów przy okazji dyskusji o dłuższych urlopach macierzyńskich.

Z radosnych wiadomości z terenu: dotychczasowe wsie Bobowa i Krynki (pierwsza na obrzeżach Beskidu Niskiego, druga w sercu Podlasia), miejscowości które bardzo lubię i miło wspominam zostały miastami. Mam nadzieję, że na dobre im to wyjdzie. A sobie życzę w 2009 roku odwiedzin w obu miastach.

piątek, 2 stycznia 2009

Koń Trojański

Na osłodę opisanych wcześniej poświatecznych zakupów wybrałam się w podupadłym (dosłownie) centrum handlowym do cinema. Stanęłam przed trudnym wyborem "Zawodowcy" czy "Ile waży koń trojański?". Uczucia patriotyczne wzięły górę i wybrałam polską produkcję w czym nie mały udział miała dobrze mi się kojarząca osoba reżysera (bo generalnie polskie kino omijam wielkim łukiem).
Film nie jest brawurową komedią, do jakich przyzwyczaił Machulski. Jest stonowany i nawet subtelny. Milo było zobaczyć, a raczej przypomnieć sobie, rok 1987. Zawsze z siostrą dziękowałyśmy Panu w niebiesiech za to, że lata naszej młodości nie przypadły na lata osiemdziesiąte - na przepalone trwałe, poduszki we wszelkiej odzieży dotyczącej górnej części ciała, zwężanych do dołu spodniach-marchewach i tej całej mizerii estetyczno-odzieżowej. Szalenie pociesznie było zobaczyć całość na ekranie. Wprawdzie na forach widzowie prześcigają się w demaskacji PRL-owych nieścisłości. A to płytki łazienkowe nie z epoki, a to maluch na współczesnych, białych rejestracjach. Ignoruję takie przypadki - wierzę w licentia poetica, takie detale absolutnie mnie nie absorbują. Wydaję mi się za to, że w filmie miała miejsce gra intertekstualna (a wiec jest to dzieło niechybnie postmodernistyczne). Córka pyta bohatera ile wazy koń trojański, a ten odpowiada pytaniem "pusty czy załadowany?". Pięknie mi się to odniosło do Świętego Grala Monty Pythona. Karzeł strzegący mostu pyta rycerza "ile leci jaskółka z Afryki do Europy" a rycerz odpowiada "z obciążeniem czy bez?" (uwielbiam tę scenę). Zatem nie dość, że Machulski popełnił dzieło postmodernistyczne to jeszcze na dodatek jest ono sentymentalne - ach ten końcowy PRL - jak z serialu "Labirynt" na którym się wychowywałam.
Jeśli chodzi o "kreacje aktorskie" to z prawdziwą przyjemnością oglądałam cudowną Danutę Szaflarską. Jest kwintesencją wspaniałej, mądrej, doświadczonej, dowcipnej i ciepłej staruszki. Od takich aktorów ekran jaśnieje a serce roście.

shopping

To miał być dzień-dla-mnie. Dłuugie spanie, potem wycieczka do pustego (jak planowałam) centrum handlowego, obkupienie się za bony, którymi międzynarodowa korporacja obdarowuje nas przed świętami oraz wizyta w multipleksie. Ludzi było dosyć sporo (jak na zapomniane centrum handlowe, z zapadającą się podłogą). Zakupy jak zawsze, kiedy je już robię - dramatyczny dylemat: czy kupić jedna porządną rzecz czy w jej cenie dwie mniej porządne. Obserwuje na swoim przykładzie szał zakupowy - cale szczęście ze na zakupy idę maksymalnie trzy razy w roku. Szal przejawia się kompulsywnymi pragnieniami posiadania ładnych rzeczy - jak na przykład kozaki na wielkim obcasie z cholewka pod samo kolano. Na obcasie nie umiem chodzić, tak wysokich kozaków nie miałabym do czego nosić. Gdybym nawet chciała w nich chodzić do pracy musiałabym dwa razy dziennie pokonywać 20-minutowa drogę przez osiedlowe ostępy chodnikiem po którym ciężko przejechać na rowerze. Wtedy właśnie rozpoczyna się skomplikowany proces psychiczno-intelektualny w czasie którego snuje różne możliwe scenariusze umożliwiające mi wykorzystanie w real life tychże pięknych kozaków - oto dojeżdżam do pracy tramwajem (zajmuje to ok 7 minut dłużej niż pieszo), kupuje do nich odpowiednie spodnie, a może nawet spódnice (!!). Na szczęście czasami potrafię się z tej supermarketowej, wielosklepowej, tozsamosciotworczej pułapki uwolnić. Dziś takim zwycięstwem był zakup 3 swetrów :)